Lekarka twierdzi, iż została ukarana za to, że za dokładnie informowała pacjentów o możliwości wystąpienia NOP-ów. Rzecznik uważa, że pani doktor straszyła rodziców pacjentów.

Oszołomka, znachorka, nawiedzona wariatka – to jedne z łagodniejszych określeń internautów pod adresem lekarki, która zdecydowała się wypowiedzieć publicznie przeciwko szczepieniom. Wśród komentujących zdarzają się tacy, którzy gratulują odwagi w mówieniu prawdy, ale zdecydowana większość to komentarze negatywne, wrogie wręcz. – Znachorka to dla mnie komplement – ripostuje Elżbieta Dąbrowska, emerytowana lekarka, której dotyczyły komentarze. – Znachorka to ta, która zna choroby.

Mimo znajomości chorób i dużej wiedzy o ich leczeniu metodami naturalnymi, Elżbieta Dąbrowska prawdopodobnie trafi przed sąd lekarski. Wcześniej jej sprawą zajmie się rzecznik odpowiedzialności zawodowej Wielkopolskiej Izby Lekarskiej. Co przystoi lekarzowi? Wypowiedziami Elżbiety Dąbrowskiej  zainteresowała się po publikacji na łamach Głosu Wielkopolskiego, w której doktor krytycznie wypowiedziała się o szczepionkach przeciw grypie. Przedstawiciel WIL zadzwonił do wielkopolskiego inspektora sanitarnego z prośbą o wyjaśnienie sytuacji.

– Przysłuchując się obecnemu szumowi informacyjnemu dotyczącemu szczepień i mając swoje 46-letnie doświadczenie w pracy jako pediatra, mam poczucie konieczności podzielenia się z pacjentami tym, co czytam, co znajduję w bieżącym piśmiennictwie medycznym – tłumaczy Elżbieta Dąbrowska. – To są rzetelne, merytoryczne, potwierdzone naukowo artykuły. To są na przykład informacje w artykułach największych, uznanych autorytetów w dziedzinie szczepień o możliwości pojawienia się niepożądanych odczynów poszczepiennych.

Lekarze nie informują o nich pacjentów.

– Takie wypowiedzi nie przystoją poważnym lekarzom – twierdzi Andrzej Trybusz, wielkopolski inspektor sanitarny. – Nic dziwnego, że głosząc takie tezy, lekarze narażają się na niewybredne komentarze i konsekwencje prawne swojego postępowania.

(Nie)szczepię, więc jestem lepszym rodzicem? Z wrogością spotyka się także Justyna Socha działająca w Stowarzyszeniu Stop NOP. Założyła je grupa rodziców, u których dzieci pojawiły się NOP-y, czyli niepożądane odczyny poszczepienne. Rodzice ci domagają się przede wszystkim dostępu do informacji o szczepieniach, o ich bezpieczeństwie, skutkach, także tych ubocznych. Uważają, że to oni, rodzice, posiadający pełną wiedzę na temat szczepionek, powinni móc decydować o profilaktyce zdrowotnej swojego dziecka.

– Czytam w sieci, że pracuję dla lobby pogrzebowego, że jestem odpowiedzialna za śmierć dzieci – mówi Justyna Socha. – To przykre, a najbardziej przykre jest to, że domyślam się, kto stoi za tymi najbardziej agresywnymi komentarzami. I wiem, że powodem ich pojawienia się nie jest troska o zdrowie. To interesy firm farmaceutycznych i innych osób, które czerpią zyski ze szczepionkowego biznesu. Agresja w walce między rodzicami szczepiącymi i nieszczepiącymi dzieci nie dziwi. Przyznanie racji drugiej stronie to przyznanie się do popełnienia błędu, a to dla wielu najgorsza rzecz – przyznanie, że nie jest się rodzicem doskonałym. Większość rodziców bowiem, podejmując decyzje, kieruje się dobrem dziecka. Wybierając każdą z opcji wierzy, że postępuje słusznie. Ci, którzy szczepią, chcą wierzyć, że w ten sposób ochronią dzieci przed groźnymi chorobami. Nieszczepiący sądzą, że wybierając tę drogę unikają niebezpiecznych powikłań. Informowanie czy straszenie? O ile rodzice mogą prześcigać się w argumentach za i przeciw, to lekarzy obowiązują określone standardy. Według Naczelnej Izby Lekarskiej nie przestrzegała ich Aneta Borczyk-Kotwas, lekarka z Konina. Skończyło się to dla niej naganą i pokryciem kosztów postępowania przed sądem lekarskim. Formalnie. Bo w praktyce lekarka zrezygnowała z pracy w przychodni. Obecnie prowadzi jedynie prywatną praktykę lekarską. Leczy homeopatią. Na brak pacjentów nie narzeka.

– Po dziesięciu latach pracy w szpitalu, na oddziale zakaźnym dziecięcym, zdecydowałam się na pracę lekarza rodzinnego w przychodni koleżanki – opowiada Aneta Borczyk-Kotwas. – Problemy zaczęły się po półtora roku. Okazało się, że w naszej przychodni dramatycznie wzrosła liczba dzieci nieszczepionych. Według sanepidu. Początkowo pracownik Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej wezwał doktor Borczyk-Kotwas na rozmowę.

Lekarka miała wytłumaczyć się z 50 niezaszczepionych dzieci w przychodni, gdzie pracowała. – Dowiedziałam się, że zbyt dokładnie informuję pacjentów o możliwości powikłań poszczepiennych – mówi lekarka. – Ta rozmowa niczego nie zmieniła w moim postępowaniu, bo zawsze poważnie traktowałam pacjentów i nie miałam zamiaru tego zmieniać. Po jakimś czasie, lekarka znowu została wezwana na rozmowę. Kiedy jasno przedstawiła swoje stanowisko, stacja sanitarno-epidemiologiczna zgłosiła sprawę do Wielkopolskiej Izby Lekarskiej. Po rozmowie z Rzecznikiem Odpowiedzialności Zawodowej sprawa została skierowana do sądu lekarskiego. – Na początku lipca tego roku odbyła się pierwsza rozprawa w sądzie lekarskim, przesłuchano dwóch świadków: panią z sanepidu i moją kierowniczkę z przychodni, w której wcześniej pracowałam, bo w międzyczasie zrezygnowałam już z tej pracy – mówi Aneta Borczyk-Kotwas. – W składzie komisji był wtedy między innymi pediatra i neonatolog. Oboje z tytułami doktorów. Miałam wrażenie, że oni rozumieli moje postępowanie. Zadawali merytoryczne, sensowne pytania. Jeden lekarz tylko, z członków tego składu, zapytał mnie, czy jak przepisuję paracetamol to też udzielam takich dokładnych informacji pacjentom. Ja już wtedy prowadziłam swój gabinet i powiedziałam, że jeśli przepisywałabym jakąś chemię to tak, tak samo dokładnie poinformowałabym o możliwości wystąpienia skutków ubocznych. Tam, podczas tego przesłuchania padały kuriozalne wypowiedzi. Jak choćby zarzut pani z sanepidu, która stwierdziła, że ja odraczam szczepienia z tak błahych powodów, jak podwyższona temperatura dziecka. A podobno zalecenia przy kwalifikowaniu do szczepień są takie, że dziecko z temperaturą do 38 stopni może być zaszczepione. Ja na to odpowiedziałam, że nie wezmę takiej odpowiedzialności na siebie, żeby zgadzać się na szczepienie dziecka na granicy gorączki. Odmawiałam też podania szczepionki, gdy wiedziałam, że ktoś w najbliższej rodzinie dziecka przechodzi infekcję. Gdy wiedziałam, że w domu leży ojciec czy brat z temperaturą prawie 40 stopni, to nie wiedziałam, czy następnego dnia to dziecko nie będzie chore.

Pierwsza sprawa skończyła się dla lekarki pomyślnie. Ale Wielkopolski Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej odwołał się do Naczelnej Izby Lekarskiej. Ta nakazała ponownie rozpatrzyć sprawę. W sierpniu odbyła się kolejna rozprawa. – Kolejny skład komisji nie był już taki przychylny – uważa lekarka. – Nie byli to już profesjonaliści z tytułami doktorów. Zasiadał tam lekarz laryngolog, stomatolog, lekarz medycyny. Wtedy dostałam naganę i musiałam pokryć koszty postępowania w wysokości 1300 złotych.

Lekarka złożyła odwołanie, ale NIL podtrzymał w mocy decyzję o naganie. – Ja tego nie zamierzam odpuszczać – zapowiada Aneta Borczyk-Kotwas. – Przygotowuję właśnie pismo do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Nie może być tak, że kierując się własnym sumieniem, wiedzą medyczną, doświadczeniem ponoszę karę za to, że zbyt dokładnie informowałam pacjentów. W uzasadnieniu lekarka przeczytała, że informuje pacjentów w taki sposób, że ich do szczepień zniechęca. A zniechęcać nie wolno. Inaczej sprawę widzi Wielkopolska Izba Lekarska. – Informować wolno, ale nie straszyć pacjentów – mówi Krzysztof Kordel, rzecznik Wielkopolskiej Izby Lekarskiej w Poznaniu. – Ta pani straszyła rodziców swoich pacjentów zniechęcając ich do szczepień, a zgodnie z wiedzą medyczną, szczepienia są sprawdzoną i skuteczną profilaktyką. – Zgodnie z artykułem 57 kodeksu etyki lekarskiej, lekarzowi nie wolno posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub niezweryfikowanymi naukowo – tłumaczy Grzegorz Wrona, Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej. – Nie wolno też głosić tez niepopartych badaniami naukowymi.

Oznacza to, że „niepokorni” lekarze mogą ponieść konsekwencje swoich wypowiedzi niezgodnych z oficjalnym stanowiskiem. A w sprawie szczepionek oficjalne stanowisko jest jasne. „Zgromadzenie podniosło wagę informowania społeczeństwa o korzyściach wynikających ze szczepienia się oraz dostępności usług szczepienia. W ramach nowego stanowiska, którego celem jest przeciwdziałanie niechęci do szczepień, WMA oświadczyła, że powinno się zachęcać instytucje rządzące do przeznaczania środków finansowych na programy oraz promocję szczepień i ich skutków dobroczynnych, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk, do których trudno dotrzeć, a które najbardziej narażone są na ryzyko infekcji” – czytamy w oświadczeniu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy.

Zgodnie z treścią stanowiska „środowisko medyczne potępia wszelkie ogólne i niczym niepoparte opinie o rzekomej szkodliwości poddawania się szczepieniu. W konsekwencji szerzenia takich opinii w niektórych krajach liczba szczepień znacząco spadła. Wynikiem tego jest wzrastająca liczba zachorowań, którym można było zapobiec, a których następstwa są groźne dla osób”. – W Polsce, przed sądami lekarskimi toczy się kilkanaście postępowań w sprawie lekarzy, którzy otwarcie wypowiadali się przeciwko szczepieniom – mówi Grzegorz Wrona. – Ja, jako rzecznik odpowiedzialności zawodowej, nie jestem od tego, żeby skupiać się na publicznych dyskusjach, tylko na prowadzeniu merytorycznych postępowań wyjaśniających. W wyniku postępowania przed sądem lekarskim lekarz może otrzymać upomnienie lub naganę, w bardziej drastycznych przypadkach może zostać zawieszony w czynnościach zawodowych lub może czasowo albo dożywotnio stracić prawo wykonywania zawodu. – Te ostatnie restrykcje stosowane są naprawdę rzadko, w bardzo drastycznych przypadkach – mówi Krzysztof Kordel. – Wydalenie z zawodu w naszej wielkopolskiej izbie zastosowano raz.

Inny punkt widzenia Choć ruchy szczepionkowe mówią głosem coraz głośniejszym, to ciągle dzieci nieszczepione stanowią nikły procent w populacji. To im jednak, przypisuje się odpowiedzialność za wzrost zachorowań na choroby zakaźne. – Epidemia odry, która w ubiegłym roku pojawiła się w Niemczech to powikłania histerii związanej ze szczepionką MMR – uważa Sabina Szafraniec, założycielka Stowarzyszenia „Parasol dla życia”. reklama To grupa rodziców, których dzieci przeszły poważne zakażenia pneumokokami. Teraz ich rodzice walczą, aby szczepienie przeciw tym bakteriom było wpisane do kalendarza, a to oznacza, że byłoby refundowane i obowiązkowe. Kolejną chorobą, o której mówią zwolennicy szczepień jest krztusiec. – Zarówno krztusiec, jak i szkarlatyna to choroby, z którymi już się uporaliśmy – mówi Krzysztof Kordel. – Wróciły one jednak wraz ze zmniejszeniem wyszczepialności na te choroby. Zwolennicy szczepień nie przeczą, że podanie szczepionki może wywołać reakcję alergiczną, tak jak podanie każdego innego preparatu. – Nie można jednak epatować tymi NOP-ami – mówi Sabina Szafraniec. – My też jesteśmy za podawaniem prawdy i rzetelnych informacji. A prawda jest taka, że dopóki komuś dziecko nie umiera na rękach, póki nie poczuje się tej bezsilności, tego strachu i przerażenia o życie własnego dziecka, można sobie teoretyzować. Ale kiedy zdamy sobie sprawę, że mogliśmy oszczędzić dziecku cierpienia, sobie tych dramatycznych przeżyć, to wybór jest prosty. Ja zawsze będę namawiać do szczepień. Moje dziecko przeszło poważne zakażenie wywołane pneumokokami i wiem, o czym mówię. Nie kieruję się wyczytanymi w internecie prawdami objawionymi tylko własnym doświadczeniem. Gdybym wtedy wiedziała, to co wiem teraz, zaszczepiłabym dziecko. Mimo możliwości pojawienia się NOP-ów.

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/8458406,lekarki-przed-sadem-za-bardzo-strasza-szczepieniami,6,id,t,sa.html

 

 

%d bloggers like this: