Pierwsze przypadki błonicy w roku 1991 wystąpiły w koszarach wśród żołnierzy powracających z Afganistanu, a następnie rozprzestrzeniły się przez szpitale polowe i kliniki w sąsiednich krajach dawnego Związku Radzieckiego.

Fragment z ksiażki „Aluminium o tym nie mówi się głośno” – Berta Ehgartnera

Z punktu widzenia praktycznego zastosowania sole aluminium, ta­kie jak wodorotlenek czy fosforan glinu, są dla producentów szcze­pionek idealnym rozwiązaniem. Tanie i łatwo dostępne, nie wywo­łują widocznych skutków ostrego zatrucia, a pożądany skutek łatwo zmierzyć za pomocą prostych testów krwi. Ponieważ takie choroby jak błonica czy tężec były niezwykle rzadkie – a wskutek popra­wy warunków życia w ciągu dziesięcioleci stały się jeszcze rzadsze – szczepionki musiały dowodzić swojej skuteczności tylko w bardzo odosobnionych przypadkach.

Jednak właśnie tam, gdzie były potrzebne, ich ochrona okazywała się nader zwodnicza: na przykład podczas wielkiej epidemii błoni­cy na wschodzie Europy. W latach dziewięćdziesiątych pochłonęła ona kilka tysięcy ofiar. Na przykładzie Ukrainy szczegółowo przyj­rzałem się pracy naukowców w związku z tą epidemią. W tym kraju błonica zebrała szczególnie obfite żniwo. Byłem zaszokowany, gdy dowiedziałem się, jak bardzo faktyczne wydarzenia różnią się od ofi­cjalnych informacji podawanych u nas. Mówiono nam bowiem, że w bloku wschodnim po upadku Związku Radzieckiego tak długo za­niedbywano sprawę szczepień, aż błonica wykorzystała swoją szansę.

Kontrola książeczek szczepień wykazała jednak, że według za­chodnich kryteriów nie szczepiono mniej, lecz wręcz za dużo: u nas podstawowe uodparnianie na błonicę obejmuje cztery szczepionki, a od kiedy w 2010 roku zmieniono kałendarz szczepień, tylko trzy. Na Ukrainie natomiast dzieci do szóstego roku życia, do pójścia do szkoły, dostawały aż sześć szczepionek.

A tak wyglądały wyniki analizy81: spośród 3723 dzieci, które na Ukrainie w latach 1992—1997 zachorowały na błonicę, 80,4 procent miało wszystkie wpisy w książeczce szczepień. Wśród 1920 chorych w wieku od 16 do 19 lat odsetek ten wyniósł nawet 81,5 procent. – Epidemic Diphtheria in Ukraine, 1991–1997

Proszczepienna propaganda nie zawierała potem już ani słowa na temat tych zawstydzających liczb. Przygotowano bajeczkę o tym, jak to poczucie obowiązku w kwestii szczepień załamało się po upadku Związku Radzieckiego tak dramatycznie, że nastąpiła po nim, jako kara, epidemia błonicy. Gdy okazało się to nieprawdą, oświadczono, że stosowane w bloku wschodnim szczepionki były do niczego. Jed­nak badania przeprowadzone w tym kierunku przez WHO nie wy­kazały gorszej skuteczności niż w przypadku szczepionek zachodnich.

Po co więc szczepi się u nas dzieci na błonicę, skoro nie są wcale wiele lepiej chronione niż dzieci nieszczepione?

Na to pytanie nie zareagował w toku analizy żaden z ekspertów. Zamiast zanalizować prawdziwe przyczyny klęski, eksperci od szczepień woleli skupić się na działaniach propagandowych. Podczas gdy analiza naukowa dawno już dowiodła nieskuteczności szczepień przeciw błonicy, ówczesny przewodniczący berlińskiej Stałej Komisji do spraw Szczepień (STIKO) Heinz-Joseph Schmitt rozpowszechniał inną wersję, a mianowicie że Niemcy i zachodnia Europa uchroniły się przed epidemią błonicy dzięki obowiązkowości w przestrzeganiu kalendarza szczepień. Oficjalny przedstawiciel lekarzy pediatrów z Hamburga z całą powagą wygłosił zaś w wywiadzie, który wówczas z nim przeprowadziłem, następującą radę:

„Na przykładzie tej epidemii widać, jak ważne jest, byśmy w sposób kompletny szczepili swoje dzieci przeciw błonicy. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że pewnego dnia nasi żołnierze ruszą na wschód: poszliby na wroga pozbawieni ochrony!”.

Tego rodzaju wypowiedzi doskonale pokazują, jakiego pokroju ludźmi są niektórzy fanatyczni zwolennicy szczepień.
W rzeczywistości błonica okazała się tym, czym zawsze była: chorobą czasu wojny, biedy i społecznej nierówności. Pierwsze przypadki błonicy w roku 1991 wystąpiły w koszarach wśród żołnierzy powracających z Afganistanu, a następnie rozprzestrzeniły się przez szpitale polowe i kliniki w sąsiednich krajach dawnego Związku Radzieckiego. Większość przypadków zgonu miała miejsce w środowisku bezdomnych i alkoholików w miastach, w grupie wiekowej od 16 do 59 lat.
Brak sensu w wypowiedziach krajowych speców od szczepionek, również w kategoriach własnej logiki, pokazują badania przeprowadzone w berlińskim Instytucie im. Roberta Kocha, dotyczące odporności Niemców na błonicę. Wyniki badań ujawniły obraz prawdziwej katastrofy. Zgodnie z nimi u sporej części dorosłej ludności poziom przeciwciał daleko odbiega od „wartości ochronnej”, u około połowy dorosłych w ogóle nie stwierdzono występowania przeciwciał. Efekt szczepień w dzieciństwie u większości dorosłych dawno już znikł i nigdy nie został odświeżony. Pod tym względem zarazki błonicy znalazłyby w Niemczech — i zapewne także na pozostałym obszarze Europy – całą masę ofiar pozbawionych ochrony. A jednak epidemia ograniczyła się w gruncie rzeczy do mieszkańców biednych dzielnic Kijowa, Mińska i Moskwy.
Najwyraźniej stare modele zarazy z czasów Louisa Pasteura i Roberta Kocha nie działają w społeczeństwie, w którym panują pokój i dobrobyt. Eksperci od szczepień i spora część konserwatywnego medycznego establishmentu wciąż jednak upierają się przy dogmatach liczących ponad sto lat.
W przypadku bardzo starych szczepień, takich jak właśnie szczepienie przeciw błonicy, a także tężcowi, nasuwa się pytanie, czy w ogóle zostałyby dziś dopuszczone do obrotu, gdyby chodziło o nowe produkty.
Dowód na skuteczność polega bowiem nie na udowodnieniu, że szczepionka faktycznie jest w stanie zapobiec zachorowaniu, lecz wyłącznie na przeliczeniu przeciwciał we krwi. Potrzebny jest odpowiedni wynik testu na przeciwciała i wtedy uznaje się szczepionkę za skuteczną. To zaś, że przeciwciała te w sytuacji zagrożenia nie pełnią właściwie żadnej funkcji ochronnej, pokazał w drastyczny sposób przykład epidemii błonicy.

Epidemic Diphtheria in Ukraine, 1991–1997

Debata na temat błonicy

%d bloggers like this: